HOI AN – miłość nie od pierwszego wejrzenia

Wyjazd do Wietnamu podzieliłam na dwie części. Górską i bardziej aktywną oraz spokojniejszą, skupioną wokół Hoi An. Taka byłam z siebie dumna, że pierwszy raz w życiu w napiętym planie wyjazdu uwzględniłam kilka luźniejszych dni. Moja radość trwała do momentu zobaczenia centrum. Szybko zastąpiła ją myśl, co ja tu będę robić przez 6 dni? Najpierw byłam wkurzona, później chciałam się zabić, że bez sensu ominęłam kilka miejscóweczek perełeczek na północy, a później zaczęłam myśleć, no dobra, skoro już tu jestem, to co tu można robić.

JAK TO JEST Z TYM ROMANTYZMEM?

Pierwszy dzień, pierwsza wizyta w mieście – M A S A K R A. Miliony chińskich turystów robiących sobie miliony zdjęć wszędzie, na tle każdego lampionu, drzewa, zakrętu. Faktycznie Hoi An różni się od dużych, azjatyckich miast swoim klimatem. Przedzielone jest rzeką, po której pływają łódki, wieczorem i nocą ludzie puszczają tam lampiony. Jest mnóstwo przepięknych zakątków, ładnych sklepów i knajp. Generalnie wszystko, co czytałam, to prawda. Miasto jest kolorowe i miłe.  Nikt jednak nie dodał, że jest bardzo zatłoczone. Ja trafiłam na wieczorne „godziny szczytu”. Urokliwego zdjęcia praktycznie nie dało się zrobić, w dodatku włoska knajpa i sklep w stylu danish design nieco mnie zbiły z tropu. Pomyślałam sobie, no tak, kolejna komercha, która udaje klimatyczną miejscówkę. Hoi An bardzo starało się, bym go nie polubiła.

PRZECUDOWNE POLA RYŻOWE

Postanowiłam opuścić miasto i kolejne dni pojechałam rowerem na okoliczne pola ryżowe. No i dopiero tam moje serce zabiło szybciej. Było przepięknie! Zielono, spokojnie, sielsko, bez turystów, tak jak lubię. Przez kolejne dni każdy wypad do zatłoczonego miasta odbywał się rowerem przez pola i okoliczne wioski. Byłam zachwycona!

OKOLICA

Okazało się, że w okolicy jest kilka fajnych miejscówek, jak np. My Son Sanctuary. To kompleks świątyń, które są oddalone od Hoi An o 40 km na zachód. Kojarzycie najpopularniejsze zdjęcia z Kambodży? To właśnie do Angkor Wat porównywane bywa My Son, jednak porównywać nie ma co, bo My Son jest mocno zniszczone po amerykańskich bombardowaniach z 1969 roku. Jednak odwiedzić warto, bo miejsce jest przepięknie zlokalizowane w prawdziwej dżungli i głuszy, co więcej mimo zniszczeń jest ciekawe i robi wrażenie.

CHAM ISLAND i ECO TOUR

Wyskoczyłam też na pobliskie wyspy Cham. Bardzo klimatyczne i urokliwe. I na pewno z lepszymi plażami, niż te, z których można korzystać na stałym lądzie. W pobliżu Hoi An są też liczne rzeki, na jednej z nich, w Cam Thanh Village organizowane są mini spływy łódko-koszykami, z których korzystają rybacy. Można zwiedzić plantacje kokosów, generalnie jest miło i przyjemnie, chociaż nieco turystycznie.

STARE MIASTO

Okolica bardzo mi się spodobała, a jak było z turystycznym centrum? Po pierwszych 2-3 dniach omijałam najpopularniejsze ulice. Odkryłam zabytkowy, japoński most, część miasta zlokalizowaną na wyspie oraz nocny market, który tam się pojawiał. Bardzo mi się spodobały oryginalne stare mury miejskie, które mogłam oglądać dzięki Kazikowi Kwiatkowskiemu. Był to polski inżynier, który przyczynił się do zachowania i odrestaurowania starówki. Ma on swój pomnik w Hoi An. A ja z kolei miałam już po 3 dniach swoją ulubioną knajpkę.

JEDZENIE

Nigdy nie byłam kulinarnym świrem, ale Hoi An to była prawdziwa, kulinarna rozpusta. Wszystkie popularne dania odhaczałam sobie z menu w Trip Nguyen. Nic ekskluzywnego, tania miejscówka, ale jedzenie dobre. I tak pokochałam Zupę Pho, Cao Lau (makaron w słodkim sosie ze świeżymi ziołami, orzechami, płatkami ryżowymi i mięsem lub tofu w wersji wege). Stał się on moim codziennym must eat. Super były też sajgonki, pierożki White Rose, mango cake i naleśniki z mango, Mi quang (grube wstążki makaronu ryżowego w słodkim sosie, z mięsem, krewetkami i jajkiem gotowanym na twardo). Z deserów tao pho – słodkie silk tofu w sosem mango, lody kokosowe lub tradycyjny imbirowy napój podawany z lodem i listkami kwiatu lotosu.

STARY BYWALEC

Po kilku dniach czułam się jakbym mogła zostać w Hoi An miesiąc. Od rana były wycieczki, rowery i zwiedzanie, później miasto i knajpki, a na koniec piwko i basen w hotelu. Rower bardzo ułatwił sprawę, nie przeciskałam się przez tłumy, tylko dziarsko rozjeżdżałam je rowerem. Nadal miałam, co zwiedzać, ale unikałam miejsc, w których gromadzili się codziennie nowi turyści. Odkryłam za to super bazar przy moście Hoang Dieu, stoiska, gdzie ręcznie są robione lampiony, stare uliczki i dawne mury. Było super i bez wahania, niczym lokalni rikszarze prując przez wietnamskie ruchliwe skrzyżowania i ulice. Podsumowując, polubiłam Hoi An. I to nawet bardzo.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

  • Nocleg zarezerwowałam w hotelu Hoi An Estuary Villa, bardzo polecam.
  • Warto wypożyczyć rower i okoliczne miejsca zwiedzić samemu. Wycieczka, tzw. Eco Tour kosztuje 600 000 VND i zajmuje cały dzień. Samemu można zwiedzić wioskę kokosów i popłynąć rzeką za ok 130-150 000 VND.
  • Na wyspy Cham można kupić wycieczkę, która kosztuje 600 000 VND, gdyż organizacja wyjazdu na wyspę kosztuje prawie tyle samo.
  • Wstęp do My Son to 100 000 VND, a wycieczka 150 000 VND. Wszystkie wycieczki są od rana, ok 8 do 13-14. Warto jechać samemu, np. motorem, bo możemy sobie wybrać godziny południowe, popołudniowe i być tam praktycznie bez tłumów turystów. Dla niezmotoryzowanych polecam wycieczkę i powrót łodzią. Jest to znacznie przyjemniejsze niż jazda busem i wysiadamy od razu w centrum Hoi An.

 

Może też ci się spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *