WIETNAM – SAPA – tarasy ryżowe

Nie ukrywam, że dla mnie istotą wyjazdu do Wietnamu było zwiedzanie północnej jego części. Góry, wietnamskie góry. Jak ja o nich marzyłam! I nie przeliczyłam się! Wietnam północny i okolice Sapa to zdecydowanie najlepsza część wyprawy. Intensywna, ale warta wysiłku. Bo po prostu było tam cudownie, a dzięki boskiej przewodniczce Tom Tom mogłam zaznać lokalnego, sielskiego życia. Coś dla mnie. Ale od początku.

CO TO SAPA?

Sapa to miasto w północnej części Wietnamu, niedaleko chińskiej granicy. To dawny kurort założony przez Francuzów w czasach kolonialnych. Znany z chłodniejszego klimatu i przepięknych okolicznych gór. W Sapa po dotarciu na główny plac miasta, od razu rzuca się w oczy kolonialny dworzec kolejowy. Bardzo bogaty, pełen zdobień i złota. Po przeciwnej stronie jest kościół, a pod nim mnóstwo kobiet ubranych w lokalne stroje. Co tam robią? Czekają, by prowadzić klientów w góry.

DOJAZD DO SAPA

Zdecydowana większość turystów dojeżdża do Sapa z Hanoi. Opcji jest kilka. Można wybrać nocny bus, nocny pociąg lub kursy dzienne. Ja wybrałam nocny pociąg, by zaoszczędzić czas i mieć jeden nocleg z głowy. Wspominałam już, że pociągi można zarezerwować TUTAJ, nawet ze sporym wyprzedzeniem. Najlepiej wybrać odjazd z dworca kolejowego w Hanoi do Sapa. Z tym, że pociąg nie dojeżdża do miasteczka Sapa, tylko do Lao Cai. Stamtąd należy dojechać busikiem. Mnóstwo jest prywatnych przewoźników, którzy „wyłapują” turystów jadących do Sapa. Wybierając jednego z nich należy zwrócić uwagę jedynie na cenę, która kręci się wokół 50 000 VND.

SAPA – HIT CZY KIT?

Dla wielu Sapa to najbardziej komercyjny sposób zwiedzenia tarasów ryżowych, które tak bardzo kojarzą się z Wietnamem. Moim zdaniem nic bardziej mylnego! Sapa powinna być bazą wypadową do zwiedzania okolicznych prowincji. Wtedy jest cudownie i w ogóle nie jest komercyjnie! Jeśli zaś zostajecie w Sapa, to fakt, trzeba się przygotować na sporą dawkę proturystycznych udogodnień. Są nimi np. restauracje zrobione pod turystów, luksusowe hotele, kawiarnie, w których dudni jakieś disco i inne mało klimatyczne miejsca. Jednak nie przeszkadzało mi to w ogóle. Dlaczego? Bo byłam tam dosłownie chwilę na szybkie śniadanie po przyjeździe (uwierzcie mi, wtedy doceniłam, że jest tam coś poza ulicznym jedzeniem) i od razu ruszałam w trasę.

TOM TOM

Jak zatem zwiedzać lokalne góry i okolicę, by nie było wrażenie komerchy i niesmaku? Lokalnych przewodniczek w mieście jest mnóstwo! Można zatem dogadać się na miejscu, bez wcześniejszych planów i zobaczyć coś więcej niż tylko miejscowość. Ja umówiłam się (przez FB) z Tom Tom na 2-dniową wycieczkę po górach ze spaniem u niej w domu. Ustaliłyśmy, że spotkamy się pod kościołem konkretnego dnia. Czekała tam na mnie i mogłam zdecydować, czy ruszamy od razu w góry, czy decyduję się pojechać do niej do domu, by wziąć prysznic, coś zjeść i zostawić bagaże. Z racji, że jechałam super pociągiem z możliwością szybkiej porannej toalety, a śniadanie zjadłam w pobliskim hotelu, więc mogłyśmy od razu ruszać w trasę. Na szczęście mąż Tom Tom przyjechał po bagaże motorem, więc mogłam spacerować z lekkim plecakiem.

TREKKING DZIEŃ PIERWSZY

Prosto z miasta ruszyłyśmy drogą, którą przyjechałam z Lao Cai. Trasa początkowo płaska, z czasem zrobiła się stroma, że przy tak wysokich temperaturach (ok 25 stopni) nawet nasza przewodniczka była zmęczona. Sapa słynie z niższych temperatur i częstych deszczy. Spodziewałam się ledwo ponad 15 stopni i ulewy, bo takie były prognozy i w plecaku miałam czapkę i rękawiczki zamiast zestawu przeciwsłonecznego. Niestety słońce paliło niemiłosiernie, a bagaże były już u Tom Tom, więc gotowałam się w zimowym stroju i górskich butach. Na szczęście dzięki takiej pogodzie widoczność była świetna, a widoki były jeszcze lepsze. Okolica ta słynie z licznych deszczy i mgieł i zdarza się, że z tarasów nici mimo dwudniowego trekkingu. Warto zatem było się pomęczyć. Trasa przebiegała prze pobliskie pola zielonej herbaty, góry, okoliczne wioski. Był to normalny, cudowny całodzienny spacer. Oglądałyśmy sobie lokalne domy, uprawy i wiele sielskich widoków. Oczywiście nie zabrakło słynnych tarasów ryżowych, które mimo, że jeszcze bez kiełkujących, zielonych listków ryżu i tak wyglądały imponująco. Na koniec trafiłyśmy do domu Tom Tom.

U TOM TOM

Mieszkanie z lokalna rodziną, to zupełnie inne przeżycie, niż wynajęcie noclegu na jednej ze stron z ogłoszeniami. Oczywiście, miałam świadomość, że dla naszej przewodniczki, to biznes, ale ani razu nie dała mi i innym gościom odczuć, że jesteśmy dla niej klientami. Czułam się u niej świetnie, rodzinnie, a dom był naprawdę dobrze wyposażony jak na lokalne warunki. Tom Tom przeprowadziła się właśnie z mężem i dziećmi do murowanego domu. Spanie było na ogromnych, drewnianych łóżkach z moskitierami. Obok jadalnia i kuchnia oraz piętro, na którym mieszkała gospodyni wraz z rodziną. Na zewnątrz łazienka z ciepłą wodą, prysznic i toaleta. W domku był także prąd. Jak dla mnie luksusowo. No i najważniejsze, ten niesamowity widok na pola ryżowe był tuż za drzwiami. Mogłabym się budzić w takim miejscu.

HAU THAO VILLAGE

Mój pobyt na prowincji przypadał na okolice Hau Thao. To mikro wioseczka, ale jest tam sklep, kościół. Tom Tom mieszka tuż przy polu ryżowym, więc było naprawdę cicho i cudownie. Kolację jedliśmy z jej rodziną, bawiłyśmy się z jej dziećmi, no i przede wszystkim podziwiałyśmy widoki. Sporym zaskoczeniem było dla mnie tofu, które pojawia się w wielu przepysznych daniach i które można kupić na wagę nawet w najmniejszym lokalnym sklepie.

 

TREKKING DZIEŃ DRUGI

Drugi dzień zaczęłam z okropną opalenizną, ale absolutnie nie zmieniło to moich planów i nadal zamierzałam zobaczyć okolicę. Zwiedzałam sąsiednią wioskę Su Pan. Rzeczywiście była to trasa, na której zdarzało się spotkać innych turystów. Tego dnia było nieco bardziej „miejsko”, a góry, które wczoraj przeszłyśmy widziałam w tle. Nie zabrakło jednak zielonych atrakcji. Był las bambusowy, wodospad i wiszący nad rzeką most. Nie robiłyśmy długiej trasy. Właściwie to cały czas kręciłyśmy się wokół domu naszej przewodniczki. Mimo tego uważam, że wioski w okolicy Sapa to dobry wybór, zwłaszcza, jeśli myśli się bardziej o chodzeniu, niż o zwiedzaniu motorem.

SUWENIRY

Lokalne kobiety na niemalże każdym kroku sprzedają swoje rękodzieło. Od opasek, po ręcznie robione torebki czy wyszywane poszewki. Wszystko opiera się o ich haft i kolorowe wzory. Faktycznie ich dzieła robią wrażenie i są przepiękne. Dużo jednak mówi się o tym, by nie kupować suwenirów od lokalnej ludności. Dlaczego? Chodzi tu głównie o dzieci, by mogły chodzić do szkoły, a nie pracować jako uliczni sprzedawcy. Dlatego jeśli już coś kupowałyśmy, to na pewno nie od dzieciaków.

KOSZTY

Podczas pobytu w okolicznych prowincjach Sapa płaciłam łącznie za 2 dni trekkingu z noclegiem i jedzeniem 600 000 VND. Wieczorem Tom Tom dla nas gotowała, a w trakcie dnia płaciła nam za wybrane dania obiadowe. Napoje i inne zakupy opłacałam sama. Do całości dorzuciłam dla gościnnej gospodyni jeszcze napiwek w wysokości 100 000 VND. W przeliczeniu na PLN to ok 115 zł, więc uważam, że to całkiem przyzwoita cena.

Może też ci się spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *